Klub Włóczykija - Tydzień w walczącym Kijowie. Spotkanie z Dariuszem Gołębiewskim
W pomieszczeniu biblioteki słychać świdrujący dźwięk syreny alarmowej. Unosi się i opada, wywołując niepokój w sercach. Alarm rakietowy w Bolesławcu?
Na szczęście nie. Ten dźwięk pochodzi z nagrania zwykłego dnia w Kijowie. W tym mieście półgodzinne lub dłuższe zawodzenie syren, powtarzające się kilka razy dziennie, to rzeczywistość, z którą mieszkańcy muszą się mierzyć od czterech lat.
Czasem nawet nie reagują na sygnał. Przywykli do niego — codzienne obowiązki odrywają ich od myśli o bombardowaniu. Najczęściej jednak schodzą do schronu lub do metra. Kijowskie metro należy do najniżej położonych systemów komunikacyjnych w Europie. Tu można poczuć się bezpiecznie. Nie dziwi zatem, że właśnie tu kwitnie życie towarzyskie.
Grupy ludzi spędzających razem czas, leżących na matach czy korzystających z telefonu (Wi-Fi działa!) nikogo nie dziwią.
Bolączką miasta jest brak prądu. Jeśli się pojawia — to na krótko. Nie sposób zdążyć ogrzać mieszkania; za oknem siarczysta zima i dwudziestostopniowy mróz. Pomieszczenia są tak wychłodzone, że pojawiają się w nich nawet sople lodu.
Wieczorna lektura? Tylko przy świetle latarki i świec. Kawa? Musi zostać zastąpiona herbatą z torebki — gdy ilość prądu wystarcza na szybkie zagotowanie wody, lecz już nie na włączenie kawiarki.
Kawę czy herbatę najlepiej jednak pić w kawiarni lub restauracji. Te miejsca zaopatrzone są w generatory prądu, więc jest nadzieja, że będzie tam wrzątek. Będą tam też ludzie — co w Kijowie jest na wagę złota.
Samotność mieszkańców miasta jest dojmująca. Wielu ich bliskich uciekło za granicę w poszukiwaniu schronienia. Wielu też zginęło — a o ich martyrologicznej śmierci świadczą liczne zdjęcia i tablice pamiątkowe, widoczne w wielu punktach miasta.
— W mieście czuje się przytłaczającą depresję — mówi Dariusz Gołębiewski, dziennikarz, który tej zimy na kilka dni wyjechał do Kijowa. — Ludzie są przybici swoją beznadziejną sytuacją, a jednocześnie ze wszystkich sił chcą pokazać całemu światu, że są zdeterminowani do walki o przetrwanie.
Jak walczą? Zakładają sieć punktów niezłomności, w których oferowane są posiłki, ciepłe napoje i (czasem) źródła ciepła. Spotykają się na wydarzeniach, które mają na celu podniesienie na duchu oraz oderwanie od ponurej rzeczywistości. Drukują plakaty zagrzewające do walki o wolność. Odbudowują swoje zbombardowane domy, wierząc w przyszłość w bezpiecznym kraju. Śnią o wolnej Ukrainie, próbując normalnie żyć, pomimo stałych ataków dronów czy rakiet.
— Od czasu pobytu w Kijowie zupełnie inaczej patrzę na historię II wojny światowej — mówi prelegent kwietniowego Klubu Włóczykija. — Widzę odniesienia do wydarzeń z tamtych czasów. To, co dzieje się dziś u naszych sąsiadów, tworzy w mojej głowie sieć połączeń z historią sprzed 80 lat.
Słuchacze kiwają głowami. Są wstrząśnięci relacją dziennikarza. Jego słowa pokazują tak bardzo ludzkie oblicze wojny. Przypominają, że za tragedią narodu pojawiają się dramaty jednostek. Tam, za wschodnią granicą, są ludzie, którzy marzą o zwyczajnym życiu w wolnym kraju. Takim, w którym poranek zaczyna się od ciszy — nie od dźwięku syreny.
______________
Klub Włóczykija to cykl spotkań organizowanych we współpracy z Bolesławieckim Towarzystwem Wagabunda oraz Polskim Towarzystwem Schronisk Młodzieżowych – Oddział w Bolesławcu. Spotkanie kwietniowe przygotowano we współpracy z Panem Dariuszem Gołębiewskim. Wydarzenie finansowane jest z budżetu Gminy Miejskiej Bolesławiec.


Odsłony: 245












