I1 I2

Lektura książki Dany'ego Laferriére'a „Kraj bez kapelusza" zaprowadziła nas do odległego miejsca – Haiti, które kojarzy się przede wszystkim z tragedią ze stycznia 2010 roku. Ogromne trzęsienie Ziemi uczyniło z tego kraju wielkie cmentarzysko. Należy jednak dodać, że książka ukazała się w 1996 roku, a więc wiele lat przed tym wydarzeniem.

Kraj bez kapelusza według Haitańczyków jest miejscem, gdzie wędrują umarli. Babcia autora, Da, opisywała ich tak : „wychudzeni, długie wysuszone palce, duże oczy w kościstych twarzach i przede wszystkim ten drobny kurz na niemal całym ciele. Bo droga, która tam prowadzi jest długa i zakurzona"(...) Autor zastanawia się, czy „ tamta strona to tutaj, czy tam? Czy tutaj to już nie tam? I tego dotyczy moje dochodzenie."

Pisarz-emigrant wraca do Port-au-Prince. Szybko zauważa, że życie w ojczyźnie niewiele się zmieniło po dwudziestu latach jego nieobecności. Haiti to ludzka dżungla, gdzie okropne słońce uderza wszystkim do głowy, gdzie brakuje cienia, bo drzewa prawie wszystkie zostały wycięte, brakuje również jedzenia i wody. Ludzie na ulicach bardziej przypominają zombie. Nie brakuje im jedynie poczucia humoru. To megalomani i marzyciele. Twierdzą, że to Haitańczyk pierwszy był na Księżycu a marzeniem każdego jest chęć zostania prezydentem kraju. Autor pragnąc zgłębić naturę swoich rodaków podejmuje również ryzyko przejścia granicy świata żywych i umarłych i trafia do „wuduistycznego nieba'', gdzie bogowie prowadzą życie rodzinne, niewiele się różniące od codzienności innych mieszkańców Haiti. Jednak wszystkie te zabawne akcenty są przysłoną poważniejszych problemów. Czytelnik czuje instynktownie, że opowiedziana historia ma drugie dno. O tych ukrytych problemach toczyła się nasza klubowa dyskusja.

Przedstawienie kraju na jawie i kraju we śnie, częste nawiązywanie do świata żywych i umarłych i w końcu połączenie reportażu z groteską sprawia, że powieść jest niejednoznaczna i nie łatwa w odbiorze, ale warta przeczytania.